Łódzki Mixer Muzyczny 2015 (dużo zdjęć)

Intencją organizatorów było, aby „uliczne granie” wspomóc środkami technicznymi, które zapewnią lepszy odbiór muzyki, a z drugiej strony nie wpłyną na naturalność i spontaniczność całego projektu. Na niewielkich podestach, wyłożonych trawą, pojawili się ludzie tworzący rozmaite gatunki muzyczne. W bardzo krótkim czasie inicjatywa zyskała akceptację ze strony publiczności.

Tym razem „Trawnik” obok pawilonu „Magda” przeznaczono dla wykonawców muzyki ludowej, przed budynkiem z numerem 68. pojawili się młodzi, ale już utytułowani muzycy, a scena na pasażu Schillera gościła zespoły łódzkie oraz trzy gwiazdy, różniące się stylistyką, ale posiadające wspólny mianownik – osobowość. Zagrali: Organek solo, Tymon & The Transistors, Marek Dyjak z zespołem.

Nim trafiłem na występy gwiazd, z przyjemnością wysłuchałem Zuzanny Moczek – kompozytorki, instrumentalistki, autorki tekstów piosenek, która w czarnej, skromnej sukience, z wiankiem na rudych włosach opowiadała o życiu i swoich doświadczeniach. Rzeczą niebywałą jest, że pośród wszechogarniającego plastiku i tandety, nadal znajdują się twórcy, pod palcami których powstaje muzyka refleksyjna, wyciszona, bardzo osobista. I co warte podkreślenia, w dalszym ciągu istnieje popyt na tego typu twórczość. Bo wbrew temu, co sądzą producenci telewizyjnych festiwali i szefowie komercyjnych rozgłośni radiowych – nie wszyscy Polacy chcą słuchać muzyki z mrugającymi rogami na głowie i butelką piwa w ręce.

Ørganek prezentuje się świetnie. Gdybym nie wiedział, że to nasz człowiek z Suwałk, byłbym przekonany, że to chłopak, który przed chwilą wyskoczył z zakurzonego pick-upa na środku rozgrzanej do granic wytrzymałości drogi pomiędzy Animas, a Hachita w Nowym Meksyku, USA.

Gra i śpiewa tak samo dobrze, jak wygląda. Nazywam się Organek i mam w sercu ranę. Młode dziewczyny, które zgromadziły się przed sceną wyraźnie były oszołomione muzyką, tekstami i samym wykonawcą. Po występie powiedziałem artyście, że skoro nawet starszym ludziom podobało się to, co robi, to znaczy, że jest OK. Mieszanka bluesa i folku przyprawiona mocniejszymi akordami, zawsze dobrze na mnie działa.

Ryszard Tymon Tymański – legenda. Obojętnie jaki instrument bierze do ręki: gitarę elektryczną, basową czy kontrabas, czy gra Coltrane’a, Hendrixa czy kompozycje własne wyraźnie wyczuwa się w tym pasję, świadomość i przede wszystkim wiarygodność. Tymański to nazwisko wydrapane krwią, potem i białkiem na wysokim, stromym klifie polskiej muzyki rozrywkowej. Człowiek inteligentny, ironiczny, dowcipny, otwarty, naturalny. Kapitalny muzyk, fajny facet.

Marek Dyjak. Wystąpił ostatni, w okrojonym składzie, z towarzyszeniem Marka Tarnowskiego i Jerzego Małka. Zaśpiewał m. in. „Rebekę” – nieśmiertelną pieśń o miłości i zazdrości, która tu, w Łodzi pośród XIX-wiecznych kamienic zabrzmiała wyjątkowo. Publiczność kocha Dyjaka pomimo tego, że tak naprawdę śpiewa stale jedną piosenkę. Ludzie chcą jej słuchać bez końca, tak samo jak słuchają bicia swojego serca.

Nieoficjalnie dowidziałem się, że prawdopodobnie pod koniec listopada ukaże się nowa płyta pieśniarza. O szczegółach nie mogę w tej chwili pisać, dodam tylko, że będzie to rozwinięcie stylistyki, w której Marek czuje się najlepiej.

Do tej pory zrobiłem artyście setki zdjęć, ale bardzo rzadko zdarzyło mi się uchwycić uśmiech na jego twarzy. Kiedy schodził ze sceny, w ciągu sekundy jego oblicze zmieniło się nie do poznania. Trzymałem wtedy aparat przy oku.

A na to wszystko, spokojnym, kamiennym wzrokiem spoglądał Leon Schiller – usadowiony na pasażu swojego imienia i gdyby mógł, pewnie rozmyślałby o płaszczyznach obrazowania w teatrze.

→ Mariusz Baryła

7.09.2015

• foto: Mariusz Baryła / Gazeta Trybunalska

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.