Frank i ja

Od kilkunastu miesięcy burzy się we mnie krew, kiedy słyszę o tych „biednych, pokrzywdzonych przez los ludziach”, którzy zaciągnęli kredyty we frankach szwajcarskich.

I nie chodzi o to, że im nie współczuję, współczuję tak jak sobie w roku 2002, kiedy miałam kredyt w tej walucie, a wojna w Iraku (2003) rozwijała się w najlepsze, co miało przełożenie na kształtowanie się kursów walut.

Jest jedno ale… wtedy nikt nie interesował się ludźmi z kredytami w CHF, bo problem ten nie dotyczył polityków, posłów i dorobkiewiczów, którzy zaciągali kolejne kredyty, by czerpać zyski z najmu kupowanych mieszkań i apartamentów. Nikomu nie przyszło do głowy oskarżać kogokolwiek o taki stan rzeczy, tworzyć stowarzyszenia pokrzywdzonych, naciągniętych, nabitych w butelkę, itp,, a tym bardziej domagać się, by państwo ingerowało w sprawy bankowe, a pozostała część społeczeństwa ponosiła konsekwencje działań „frankowiczów”.

Wiem jedno: kredyt w CHF zaciągnęłam ponieważ nie miałam zdolności kredytowej w walucie, w której zarabiałam i zarabiam, czyli w PLN. I to dotyczył nie tylko mnie, ale również pozostałych, którzy decydowali się na franki szwajcarskie.

W mediach nie usłyszałam ani razu pojęcia „zdolność kredytowa”, czyli zdolności do obsługi zadłużenia w terminach określonych w umowie. Wszyscy „poszkodowani” szukają winnych, ale czy pamiętają o tym, że w większości przypadków mogli pozwolić sobie na zakup wymarzonego „M”, czy budowę domu właśnie dlatego, że zdecydowali się na walutę obcą?

Kolejna sprawa jest taka, że mało kto czytał podpisywane przez siebie umowy, w których znalazły się zapisy o możliwości przewalutowania kredytu, że mało kto zadawał pytania, by rozwiać swoje wątpliwości, konsultował się z mądrzejszymi od siebie, aby nie popełnić błędu. Ważne było, że MAM; nie ważne jakim kosztem. Radość z nabycia mieszkania przewyższała zdrowy rozsądek.

Ja swój kredyt przewalutowałam; nie czekałam w nieskończoność, z nadzieją, że nastąpi korekta kursu i w jakiś cudowny sposób wróci na poziomy wyjściowe. Owszem straciłam, ale nie tyle, żebym sobie z tym nie poradziła. Strach i determinacja pomogły mi logicznie działać i podejmować trudne, a zarazem – z perspektywy czasu  – słuszne decyzje. Nikogo nie obwiniam, nikogo nie oskarżam, wyciągam wnioski i w przyszłości kolejne kredyty (oby nie było takiej potrzeby) zaciągać będę w walucie, w której zarabiam.

Profesor Balcerowicz na początku br. był gościem programu TV „Świat się kręci”. Padło wtedy stwierdzenie, że niesprawiedliwością jest, żeby pomagać osobom, które zadłużyły się we frankach szwajcarskich, a tych którzy zdecydowali się na walutę krajową, i płacą wyższe oprocentowanie, nie brać pod uwagę. Nic dodać, nic ująć, no może tylko to, żeby osoby, które chcą się zadłużyć na dłuższy okres czasu, były poddawane testom na rozumienie tekstu pisanego, a wtedy nie będą miały miejsca kolejne takie przypadki.

→ Maria Kubiak

2.11.2015

• foto: Bloomberg

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.