Magdalena Franczuk, fotografia (archiw.)

Od kilku lat obserwują twórczość wielu młodych ludzi, naprawdę młodych: 19-25-latków, którzy coraz śmielej poczynają sobie w różnorodnych dziedzinach wypowiedzi artystycznej.

Przyglądam się pracom np. fotografów: chłopaków i dziewczyn, choć uczciwie przyznam, że moja sympatia bardziej skłania się ku kobietom. Może dlatego, że w historii tej dyscypliny przeważali do niedawna mężczyźni.

Zajęcie to, z uwagi na występujące w nim elementy techniczne, często odstraszało płeć piękną. Czas jednak płynie, feminizacja życia staje się faktem, co w tym przypadku zupełnie mi nie przeszkadza, wręcz odwrotnie – cieszę się niezmiernie, że mamy takie artystki jak Karolina Jonderko, Norma Ilnicka, Sonia Szóstak, Alicja Kozak, Magdalena Franczuk – studentki lub absolwentki Wydziału Fotografii Szkoły Filmowej w Łodzi.

Towarzystwo Fotograficzne „Fcztery” jest organizatorem II Piotrkowskiego Miesiąca Fotografii. Choć jest to impreza w trakcie rozwoju, która naturalnie cierpi na choroby wieku dziecięcego, udało się podczas jej trwania zaprezentować co najmniej dwie ciekawe wystawy. Jedną z nich jest trwający do 10 maja w Ośrodku Działań Artystycznych przy ul. Sieradzkiej pokaz prac Artura Gutowskiego, Roberta Mainki i Magdaleny Franczuk pt. „Niebo może spaść na głowę”, przygotowany pod opieką dr Tomasza Komorowskiego artysty i wykładowcy Szkoły Filmowej.

Nie będę recenzował całej wystawy, skupię się jedynie na fotosach pokazanych przez Magdalenę Franczuk, której twórczość jest dla mnie wyjątkowo cennym prezentem od Boga. Samą artystkę darzę szacunkiem i miłością, jaką obdarowuje się ulubionego twórcę, a to za sprawą dzieł o bliskiej mi duchowo tematyce.

Świat Magdaleny ukazany w całej jej twórczości, nie tylko w cyklu “Głód miłości” zaprezentowanym w Piotrkowie, jest wyrafinowaną mieszaniną niepokojów, lęków, wspomnień, grzechów, pragnień, czy marzeń sennych autorki zdjęć. To ten rodzaj, często przerażającego, realizmu, który nosimy w głowach, ale boimy się o nim rozmawiać, albo po prostu nie mamy z kim.

Oto świat pozornie otwarty, któremu może przyglądać się każdy, kto tylko ma ochotę na delektowanie się kompozycją, scenografią, światłem i wreszcie “grą” występujących w nim postaci. Jednak całe tajemnicze piękno jest oddzielone od przypadkowego widza niewidzialną taflą, która chroni przed pełnym dostępem do niego, tak samo jak do myśli autorki. Aby tam wejść i zanurzyć w jego mroczną głębię potrzeby jest kod. Kod Magdaleny Franczuk.

Aby go zdobyć należy przede wszystkim przejrzeć albumy z malarstwem, które inspiruje kobietę-fotografa, wsłuchać się w dzieła Mahlera, Erika Satie, zapoznać się z twórczością Edgara Allana Poe, Georga Trakla, Zygmunta Freuda. Celowo nie piszę o fascynacji Magdaleny surrealizmem, gdyż trop ten nie do końca wydaje mi się czytelny, ale skoro artystka przywołuje czeskiego twórcę Jana Švankmajera, nie mogę nie wspomnieć o tej osobistości.

Jednak wymieniony zestaw lektur i dzieł muzycznych wystarczy do odczytania zaledwie sześciu, może ośmiu znaków z 12-cyfrowego szyfru, kolejne dwa-trzy mogą wyłonić się po przeczytaniu wywiadów z Magdaleną, jej artykułów teoretycznych dotyczących sztuki fotograficznej, ale to nadal zbyt mało, aby poznać ostateczną kombinację.

I właśnie to jest największą siłą twórczości Franczuk – niedosyt i niedopowiedzenie, które powodują, że tak chętnie sięgam do jej prac, gdyż kuszą mnie swą nieoczywistością. Te elementy sprawiają, że od zawsze zaprzyjaźniam się z artystami, czy to współczesnymi, czy też tymi tworzącymi przed wiekami, którzy zmuszają mnie do wielokrotnej eksploracji ich dokonań.

Magdalena jest mistrzynią fotografii kreacyjnej, wymagającej dużego zaangażowania sił i środków; to nie amatorska zabawa w widoczki czy w portrety mniej lub bardziej rozgarniętych modelek i modeli, jakich miliony dostępne są w internetowych galeriach, lecz poważne produkcje. Wyjątkowość jej elektronicznych obrazów jest więc nieprzypadkowa. To wynik ogromnego talentu, wrażliwości, misternych scenariuszy i ciężkiej pracy.

Gdyby nawet w tej chwili Magdalena Franczuk porzuciła fotografię i zajęła się np. komponowaniem zapachów perfum, będzie jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystek. A ponieważ tak się nie stanie, wiem, że jej kolejne projekty będą zawsze i nie tylko u mnie wywoływały niezapomniany dreszcz emocji.

Magda, fantastycznie, że Pani jest.

Poniżej załączam kilka zdjęć z piotrkowskiej wystawy oraz link do internetowej strony, którą koniecznie musicie odwiedzić.

→ Mariusz Baryła

26.04.2015

• foto i reprodukcje: Mariusz Baryła / Graffiti Piotrków, 2015
• foto: Magdalena Franczuk

 

0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *