W piątek 14 sierpnia 1941 roku, w podziemiach tzw. bloku śmierci w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, zakończył życie ojciec Maksymilian Maria Kolbe – franciszkanin, założyciel klasztoru i wydawnictwa w Niepokalanowie, misjonarz i kapłan znany z niezwykłej gorliwości. Zginął po dwóch tygodniach męczarni w celi głodowej, dobity zastrzykiem fenolu.
Kilka tygodni wcześniej, w lipcu, w obozie miała miejsce ucieczka więźnia. W odwecie Niemcy wytypowali dziesięciu mężczyzn na śmierć głodową. Wśród skazanych znalazł się Franciszek Gajowniczek – żołnierz Wojska Polskiego, ojciec rodziny. Wtedy Kolbe wystąpił z szeregu i w obecności komendanta Fritscha poprosił, aby pozwolono mu umrzeć zamiast Gajowniczka. „Jestem księdzem katolickim” – miał powiedzieć.
Świadkowie wspominali, że w celi nr 18 ojciec Kolbe podtrzymywał współwięźniów na duchu modlitwą i pieśnią. Jeden z ocalałych, Bruno Borgowiec, zeznał po wojnie:
Nie słyszałem od niego słowa skargi. Był opanowany, cichy, modlący się. Gdy inni umierali w rozpaczy, on trwał przy nich do końca.
Po niemal dwóch tygodniach głodzenia i pragnienia, w przeddzień uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Kolbe – wciąż żywy – został uśmiercony przez esesmana zastrzykiem fenolu w lewe ramię.
Maksymilian Kolbe miał 47 lat. Jego ciało zostało spalone w obozowym krematorium, a prochy rozsypano. Choć fizyczny ślad po nim zniknął, pamięć o jego czynie przetrwała w relacjach ocalałych i świadectwach współwięźniów.

W 1971 roku papież Paweł VI ogłosił go błogosławionym, a 10 października 1982 roku Jan Paweł II – świętym męczennikiem. Podczas kanonizacji obecny był Franciszek Gajowniczek, któremu Kolbe uratował życie.
Dziś cela nr 18 w Auschwitz jest miejscem ciszy i modlitwy, a postać ojca Maksymiliana stanowi symbol ofiarności i odwagi – przypomnienie, że nawet w najbardziej nieludzkich warunkach możliwe jest zachowanie człowieczeństwa.
→ red.
14.08.2025
• foto: archiwum
• więc o obozie Auschwitz: > tutaj

Natura jest niestety bezlitosna. Jesteśmy jej częścią. Żeby zniknęło cierpienie musiało by zniknąć życie.
Nie tylko Kolbe. My też mamy swojego bohatera…
Bolesław Kwapiński, znany jako doktor z Sulejowa, także także wykazał się olbrzymim szacunkiem dla innych ludzi. Aresztowany w Sulejowie w czerwcu 1943 roku, po straszliwych torturach w Piotrkowie, trafił wraz z żoną do Auschwitz.
Przed wojną był lewicowym działaczem i człowiekiem wrażliwym na ludzką krzywdę. Niektórzy wspominali jak dla najbiedniejszych często wykupywał potrzebne do leczenia medykamenty. Wybuch wojny zastał B. Kwapińskiego w Sulejowie. Niemal od początku włączył się w nurt socjalistycznej konspiracji w mieście spod znaku PPS-WRN, udzielając pomocy lekarskiej i materialnej rannym członkom podziemia oraz przekazując leki do oddziałów partyzanckich.
Swoją pomoc ofiarował też współwięźniom kolejnych obozów, do których go przenoszono. W marcu 1945 r. Niemcy nakazali mu przygotować list chorych na gruźlicę, po to by uśmiercić najbardziej osłabionych więźniów. Doktor Kwapiński powiedział wówczas do swojego przyjaciela Władysława Millera (nr obozowy28.048): Jestem przede wszystkim lekarzem i nigdy tego nie uczynię, nie przyłożę ręki do wydawania wyroku śmierci, będę walczył o każde ludzkie życie. To, co dziś wydaje się beznadziejne, jutro może mieć szansę. To jest nakazem mojego sumienia. Następnego dnia rano znaleziono go martwego w baraku obozowym. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo nie chcąc uczestniczyć w zbrodniczej działalności hitlerowców. Ciało zabrano do krematorium i spalono. Do wyzwolenia obozu zabrakło mu kilku tygodni. Jednak za sprawą ludzi, których uratował od śmierci przetrwała pamięć o nim jako o doktorze z Sulejowa.
O postawie doktora Kwapińskiego można poczytać min. w archiwalnych numerach kwartalnika „SULEJ”. Szanujmy swoich.