W polskim kalendarzu nie brakuje dat, które mamy świętować – problem w tym, że coraz trudniej zrozumieć, dlaczego?
11 listopada – Święto Niepodległości. 3 maja – Święto Konstytucji. Oba brzmią dumnie, oba niosą ze sobą powagę i wzniosłe przemówienia. Ale jeśli spojrzeć bez zadęcia, to są to dni raczej symbolicznych klęsk niż realnych zwycięstw.
Mit 11 listopada
Wybór tej daty był zawsze umowny i polityczny. Tego dnia w 1918 roku Józef Piłsudski przejął władzę wojskową, a w Compiègne podpisano rozejm kończący I wojnę światową. Ale Polska nie „odzyskała” wtedy niepodległości – dopiero zaczynała ją budować. Granice były nieustalone, państwo dopiero się rodziło. W 1937 roku obóz piłsudczykowski uznał 11 listopada za święto narodowe, budując z niego mit narodzin państwa z ducha legionów. Dla innych środowisk – narodowców, ludowców, konserwatystów – ta data nie miała takiego znaczenia. Było to więc święto polityczne, nie powszechnie narodowe.
Dwadzieścia lat później przyszła wojna, a zaraz po niej pół wieku zależności. Jaką więc niepodległość świętujemy 11 listopada? Chyba raczej marzenie o niepodległości, niż samo jej istnienie.
Mit 3 maja
Jeszcze większy paradoks kryje się w drugim z naszych „świętych dni”. Czcimy konstytucję, która miała uratować państwo, a w efekcie przyspieszyła jego upadek. W 1791 roku powstał dokument piękny, nowoczesny i wzniosły, lecz zaledwie dwa lata później Polska przestała istnieć.
To trochę tak, jakby świętować dzień, w którym pacjent dostał receptę, ale zmarł, zanim wykupił lekarstwo.
Święta zrywów, nie trwania
Zarówno 3 maja, jak i 11 listopada to święta emocji, nie ciągłości. Święta narodowe, ale nie państwowe. Nie uczą nas, jak utrzymać państwo, tylko jak je wzniośle stracić.
Po 1989 roku, odrzucając 22 lipca, Polska wróciła do tradycji II RP. Zrozumiałe – trzeba było symbolicznie odciąć się od PRL-u. Ale przy okazji wymazano pół wieku historii, jakby między 1939 a 1989 rokiem Polska przestała istnieć. Tymczasem istniała – w innej formie, z innym ustrojem, lecz jednak państwo polskie trwało: z granicami, obywatelami, kulturą, instytucjami. Nie można budować dojrzałej wspólnoty na udawaniu, że połowy jej dziejów nie było.
Dzień Państwa Polskiego
Może więc potrzebujemy nowego święta – nie narodowego, lecz państwowego. Święta, które mówi nie o emocjach i zrywach, ale o ciągłości, porządku i odpowiedzialności za państwo. Nazwijmy je po prostu Dniem Państwa Polskiego. To byłby dzień refleksji nad tym, że Polska to nie tylko poezja i heroizm, ale też prawo, instytucje, administracja, obywatelskie obowiązki. Że państwo to nie dar z nieba, tylko wspólny wysiłek, codzienny i czasem nudny.
Kiedy świętować? Najbardziej naturalny wydaje się 8 maja – dzień zakończenia II wojny światowej w Europie. Nie obciążony politycznie, nie przywłaszczony przez żaden obóz. Data, która łączy, a nie dzieli. Wtedy Polska – choć zniszczona i zniewolona – ocalała. Państwo przetrwało, a jego ludzie zaczęli odbudowę z ruin.
To dzień, który można obchodzić nie defiladą, lecz refleksją nad trwałością państwa: nad tym, jak długo buduje się wspólnotę i jak łatwo ją stracić.
Święto trwania
Polacy lubią świętować klęski. Ale żadne państwo nie zbudowało swojej przyszłości na wspomnieniach o porażkach. Dlatego potrzebujemy święta, które nie będzie ani pomnikiem, ani rekonstrukcją, lecz lekcją odpowiedzialności za wspólne dobro.
→ I.R. Parchatkiewicz
10.11.2025
• foto: FREEPIK
• więcej tekstów autora: > tutaj
• więcej o 11 listopada: > tutaj

Cytuję: „Ale przy okazji wymazano pół wieku historii, jakby między 1939 a 1989 rokiem Polska przestała istnieć. Tymczasem istniała – w innej formie, z innym ustrojem, lecz jednak państwo polskie trwało: z granicami, obywatelami, kulturą, instytucjami. Nie można budować dojrzałej wspólnoty na udawaniu, że połowy jej dziejów nie było.”
Serdecznie Panu dziękuję za ten tekst. Nie świętowałem jakoś specjalnie 22 lipca, ale tu bardziej chodzi o symbol. Głupota tych „wymazywaczy” jest niepojęta. Każdy, kto twierdzi, że Polski po 1945 roku nie było, jest dla mnie zwyczajnym niegodziwcem, a w niektórych okolicznościach – zwyczajnym idiotą. Nie mam żadnych powodów, żeby bronić tu czasów PRL-u, w dorosłe życie wszedłem już po jego upadku, ale cały czas to głupie gadanie mi doskwiera. Jaszcze raz dziękuję!
Ciekawe, co spowodowało, że dopiero w roku 1937 piłsudczycy dostrzegli wielki wkład swojego wodza w odzyskanie przez Polskę niepodległości. Czy potrzebowali aż 19 lat, żeby zrozumieć jego wielką rolę? A może bardziej potrzebne im było jakieś namaszczenie, które po śmierci wodza w roku 1935, tłumaczyłoby ich coraz większy, coraz bardziej autorytarny, apetyt na władzę?
Przy okazji, to prawda, że powodem śmierci pana Piłsudskiego był zwykły syfilis? Kto się nie wstydzi, niech szepnie tu jakieś słówko…