Znów przywiózł medale. Kolejny raz stanął na podium – w każdej konkurencji, w każdym starcie. Zawodnik, osoba z niepełnosprawnością, która dzięki pracy i determinacji potrafi osiągnąć wyniki, o jakich większość klubów może tylko marzyć.
W lokalnych mediach – zachwyt, gratulacje, wpisy o „dumie miasta”. Ale za tymi gratulacjami kryje się coś więcej niż sukces sportowy. Każdy jego medal jest jak lustro, w którym odbija się kondycja piotrkowskiego sportu. I to nie jest obraz, który chciałoby się oglądać.
Jak to możliwe, że pojedynczy zawodnik, bez zaplecza organizacyjnego, bez dotacji, osiąga więcej niż całe sekcje utrzymywane z publicznych pieniędzy? Co się stało z miejskim sportem, że brutalnie przygrywa z determinacją jednostki?
Niepełnosprawność w tej historii nie jest przeszkodą. Jest punktem odniesienia – czymś, co pokazuje skalę zaniedbań, braku ambicji i fałszu w retoryce sukcesu, którym od lat posługują się urzędnicy i miejskie gadzinówki sponsorowane bez umiaru przez samorząd.
Im częściej rozbrzmiewają fanfary dla indywidualnych triumfów, tym bardziej słyszalna staje się cisza wokół drużyn, klubów, sekcji sportowych. Tym wyraźniej widać, że miejskie obiekty pełnią rolę dekoracji, a nie kuźni talentów.
Tymczasem władze planują budowę nowej hali sportowej za dziesiątki milionów złotych. Ma służyć „rozwojowi sportu”, czyli w praktyce – kilku prywatnym spółkom obleczonym w stroje sportowe, których sukcesy istnieją wyłącznie w sferze marzeń i stron internetowych. Zamiast inwestować w młodzież, codzienny trening, żmudną pracę prezydent-kochaś zamierza zbudować kolejny, po mediatece, pomnik z betonu i stali.
Paradoks polega na tym, że sukces jednostki miał być powodem do dumy, a stał się oskarżeniem. Pokazał, że można osiągnąć wszystko bez systemu, bez pomocy, wbrew wszystkiemu. I że największą niepełnosprawnością nie jest wada genetyczna, lecz brak woli działania tych, którzy od lat decydują o kształcie piotrkowskiego sportu.
→ (mb)
6.11.2025
• foto: FREEPIK
• bieżące felietony Baryły: > tutaj

To jest tylko pozorny „sukces”… Tu mamy raczej klęskę na całej linii.
Sport już dawno przestał być nośnikiem jakichkolwiek wartości, a stał się biznesem, w którym „robią” uwłaszczone” na naszych publicznych pieniądzach jednostki lub kliki. Jak dużo jest w dzisiejszym sporcie nie kończącego się festiwalu dopingu czy innych dziwnych „atrakcji” związanych chociażby z finansowaniem sportu? Potrafi ktoś policzyć?
Dla mnie sport skończył się dawno temu, kiedy rodzicom pracującym w Hucie Szkła Feniks, potrącano z pensji pieniążki na funkcjonowanie „zasłużonego” dla piotrkowskiego sportu klubu „Concordia”. Piłkarze kopali wtedy gałę w drugiej lidze, „pracowali” na lipnych etatach właśnie w „Feniksie”. Oczywiście, na hucie zjawiali się tylko w dniu wypłaty. Pech chciał, że zabrali forsę moim rodzicom, którzy w tym czasie budowali dom. Liczył się każdy grosz, a tu smyki „se” wzięły bez żadnego pytania…
Awanturę wywołała moja mama, ale tato poparł ją w całej rozciągłości – chociaż był partyjnym aktywistą. To właśnie wtedy poznałem niektóre tajniki min. „olimpijskiego” ruchu sportowego.