Trzydzieści lat III RP minęło nam na nieustannym potakiwaniu, tłumaczeniu się, kłanianiu się w pół i na gorączkowym udowadnianiu światu, że Polacy, nie wiedzieć czemu, muszą stale przepraszać. Za co? Za to, czego nie zrobili.
Ale tak działa mechanizm, który wszczepiono nam głęboko: pragnienie bycia lubianym przez tych, którzy nawet nie próbują tego lubienia odwzajemniać. I kiedy Marek Magierowski mówi wprost, że przez lata dyplomatycznej pracy nie spotkał ani jednego polityka żydowskiego mówiącego o Polsce pozytywnie, nie jest to żaden „eksces” – to opis rzeczywistości. Jednostronnej, toksycznej i utrwalonej tak mocno, że Polacy wręcz panicznie boją się cokolwiek powiedzieć niezgodnego z narzuconym scenariuszem.
Widać to w festiwalowej gorączce, która opanowała samorządy. Co roku kolejne miasta prześcigają się w organizowaniu Tygodnia Kultury Żydowskiej, tak jakby walczyły o medal za najbardziej uniżoną postawę. Te same koncerty, te same przemowy, te same projekty realizowane za publiczne pieniądze, a z drugiej strony totalna obojętność. Bo Izrael tych festiwali nie potrzebuje i nawet ich nie zauważa. To tylko kolejny rytuał polskiego samobiczowania – spektakl odgrywany nie dla partnerów zagranicznych, lecz dla własnego środowiska, które musi sobie co pewien czas udowodnić, że jest „postępowe” i „światowe”. Gdyby chociaż istniała jakaś wzajemność – ale przecież nie istnieje. W Izraelu nikt nie urządza festiwali polskości, nie zaprasza polskich artystów, nie organizuje debat o polskiej historii. To jednostronny nurt, w którym polska strona płynie pod prąd, ciągnąc wszystko na własnych plecach.
Czytaj: „Nagłaśnianie polskiego antysemityzmu na Uniwersytecie Warszawskim”.
Do tego dochodzi moda na turystykę cmentarną. Wycieczki na stare kirkuty, odmalowane renowacjami, które przez pół wieku nikogo nie interesowały, a teraz stały się narodowym punktem obowiązkowym „dialogu”. Te same przewodniczki, te same natchnione opowieści o „współistnieniu”, które nijak nie mają się do faktów. I wszystko to w tonie nabożnym, jakby dotykanie zniszczonego nagrobka miało odkupić winy, których Polacy nigdy nie popełnili. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie staje się to formą publicznej pokuty. A niestety stało się. W Polsce to działa jak rytuał oczyszczający – choć nikt poza nami go nie oczyszcza.
Tak samo z książkami – cała półka literatury rozliczeniowej, która powtarza w kółko ten sam schemat. Polak – winny; Żyd – ofiara; historia – jednostronna; kontekst – zbędny. To już nie jest nauka ani publicystyka. To jest rytuał potwierdzający obowiązującą narrację. I my sami to finansujemy, promujemy, kupujemy do bibliotek, robimy z tego rzekomą „misję”. Życie intelektualne, które kręci się wokół nieustannej potrzeby tłumaczenia się przed kimś, kto wcale nie chce tych tłumaczeń wysłuchać.
Czytaj: „Europa sparaliżowana przez Izrael – politycy boją się działać”.
I nagle – jak na ironię – ta jednostronność odbija się głośnym echem w sprawie wpisu Yad Vashem. W niedzielę, 22 listopada, instytut zamieścił na platformie X informację, że to właśnie na ziemiach polskich jako pierwszych wprowadzono obowiązek noszenia przez Żydów znaków odróżniających ich od reszty społeczeństwa. Ot, kolejny komunikat, w którym „Polska” i „antyżydowskie przepisy” występują obok siebie tak blisko, że przeciętny odbiorca natychmiast uznaje to za polską inicjatywę. Yad Vashem oczywiście wspomniał o Hansie Franku, o Generalnym Gubernatorstwie, ale zrobił to tak, jak zwykle: w sposób sugerujący, że tło nie ma znaczenia. Wpis poszedł w świat bez żadnego wyjaśnienia, że Polska była w tym czasie pod krwawą niemiecką okupacją. Dopiero Radosław Sikorski jeszcze tego samego dnia poprosił instytut o dopisanie tego prostego faktu – że to był niemiecki nakaz, a Polska była krajem zajętym, nie mającym żadnej suwerenności. Yad Vashem odpowiedział wymijająco, że „w artykule jest to zaznaczone”. Jednak wpisu nie poprawił. A skoro nie poprawił, Sikorski – słusznie zresztą – wezwał ambasadora Izraela do MSZ. Ale czy to cokolwiek zmieni? Nie. Bo logika jest wciąż ta sama: każda próba sprostowania oskarżenia jest odbierana jak akt wrogości.
Czytaj: „Lobby żydowskie zwyciężyło. Sejm znowelizował ustawę o IPN”.
I tu tkwi sedno problemu. Polska jest jedynym krajem w świecie zachodnim, który z taką determinacją sam siebie stawia w roli podejrzanego. Festiwale, cmentarne wycieczki, książki pełne rozliczeń – wszystko po to, by kogoś udobruchać. Tylko że tego kogoś udobruchać się nie da. Bo w polityce historycznej nie działa mechanizm „dobrego ucznia”, który chce dostać pochwałę. Działa tylko siła i konsekwencja. Izrael prowadzi politykę agresywną, bezkompromisową, opartą na własnym interesie. Polska natomiast nadal wierzy, że jeśli zrobi jeszcze jeden festiwal, jeszcze jedną publikację, jeszcze jedną renowację, to ktoś w końcu powie: „świetnie, teraz was doceniamy”.
Nie powie. I im szybciej to zrozumiemy, tym szybciej przestaniemy drałować w miejscu. Na razie wykonujemy wciąż te same gesty, z których nic nie wynika. Ba, skutki są odwrotne – im bardziej się staramy, tym głośniejsze są pretensje. Czas więc zadać sobie uczciwe pytanie: kiedy wreszcie przestaniemy zabiegać o sympatię, której nikt nam nie zamierza dać? I kiedy w końcu zaczniemy mówić własnym głosem – nie przepraszając za każdy przecinek w historii, którą pisali inni? Wtedy dopiero będziemy partnerem. Na razie jesteśmy tylko petentem. I to z własnej woli.
→ I.R. Parchatkiewicz
29.11.2025
• grafika: pixabay.com
• więcej tekstów autora: > tutaj
• więcej o Izraelu: > tutaj


Nie zamierzam już więcej zakłócać ci spokoju. W chorobie to ważna rzecz. Mam tylko prośbę, nie bij radaktorów z GT, i w ogóle nie rób im żadnej krzywdy. Oni tak ładnie piszą… Pliss!
Polecam wysłuchać kawał- https://www.youtube.com/watch?v=_mE_FQlHp3A
i kolejny tekst o jednoznacznych hasłach: wszyscy, nigdy, nikt itp, mającymi przesądzić o słuszności kolejnego, tego samego poglądu, który w swej treści jest powierzchowny, nasycony stereotypami i jednoznacznym przekazem dania odporu. Na pewno nie za sprawą Polski i Polaków historia tak się potoczyła, ale tak jak piramidy są w Egipcie, tak problem żydowski jest tutaj. Im dłużej trwa ta dyskusja, tym bardziej pokręcone opinie. Antysemityzm ma więcej lat niż polskość, ale Polska jest miejscem gdzie nastąpiło apogeum antysemityzmu. Im głośniej zaprzeczamy tym mniej nas słuchają. Obywatele mogą się podlizywać kultywując pamięć i kulturę, ale to do państwa należy prawodawstwo. Polska przejęła mienie po żydowskie od Niemców i uznała, że to sprawiedliwe. To polska władza latami dopisywała Niemcom ofiary Oświęcimia w liczbie trzykrotnie zawyżonej, dzięki czemu zachód mówił o kłamstwie, a Niemcy trąbili o swojej niewinności. To Polskie władze zaplanowały rok 68. Można wiele wymieniać grzechów, ale po co, skoro nadal uważa się, że epoka Gierka, to lepszy czas niż obecny.
A problem izraelskich zbrodni na terenie okupowanej strefy Gazy nadal jakoś tak traktowany jest po macoszemu… Czyżby termin „ludobójstwo” nie dotyczył tego państwa i społeczeństwa?