Większość z nas jest poraniona emocjonalnie

Większość z nas jest poraniona emocjonalnie. To brzmi jak banał, ale dopiero gdy człowiek zacznie rozmawiać z ludźmi, słuchać ich historii i obserwować codzienne zachowania – widać, jak prawdziwe jest to zdanie.

Nosimy w sobie pęknięcia, które powstały jeszcze w dzieciństwie: chłód, którego nie rozumiemy; pretensje, których nikt nie wypowiedział; krzywdy, o których nikt nie chciał słuchać.

I później te rany idą z nami w dorosłość. Czasem zakażone, czasem przykryte milczeniem, ale zawsze obecne. I nagle w zwykłej rozmowie, przy rodzinnej kolacji albo podczas drobnego sporu – wybuchają. Ludzie skupiają się na wybuchu, na krzyku, na słowach wypowiedzianych w afekcie. A nikt nie patrzy na to, co było pod spodem: na lata niewyjaśnionych żalów, zaległości, zranień, które dodawały się po cichu jak odsetki od nieuregulowanego długu.

Dość często spotyka się ludzi, którzy niosą w sobie tak duży ciężar, że trudno im oddychać. Ludzi, którzy dawali dobro, a w zamian dostawali krytykę. Znam kobietę, która codziennie jedzie do schorowanych rodziców – przynosi węgiel, robi zakupy, podaje lekarstwa – a zamiast wdzięczności słyszy skargi, czasem nawet oszczerstwa.

I wtedy rodzi się pytanie: czy pomagać dalej, czy przestać? A jeśli przestać, to jak radzić sobie z wyrzutami sumienia? Bo człowiek przyzwoity ma sumienie. Ale sumienie bywa też narzędziem, którym inni próbują nas trzymać w ryzach.

Są też historie o wiele cięższe. Matka manipulująca synem tak skutecznie, że doprowadza do rozpadu małżeństwa. Synowa, która pod ciężarem tych wydarzeń próbuje odebrać sobie życie. Żony bite przez mężów, poniżane. Ludzie, którzy przychodzą z bezsilnością tak gęstą, że nie sposób jej opisać.

I znów wraca tytułowe zdanie: o zadanym bólu. Czasem przez innych. Czasem przez siebie. Czasem przez brak miłości tam, gdzie powinna być obowiązkowa.

W takich sytuacjach przypominają mi się słowa mojego taty: ludziom należy pomagać, ale nie należy ich wyręczać. To jest mądrość, która z wiekiem nabiera znaczenia. Jeśli kogoś nie wychowamy do wdzięczności, do szacunku, do wzajemności – będzie brał i brał, aż nie zostanie nam nic. Nie tylko dzieci, ale również rodziców, teściów, krewnych trzeba czasem delikatnie „wychować”, pokazać im granice, żeby dobro, które dajemy, nie zamieniło się w narzędzie wykorzystywania. Bo pomoc ma sens tylko wtedy, kiedy nie niszczy pomagającego.

Ktoś może powiedzieć: „Trzeba znosić, trzeba wybaczać, trzeba się poświęcać”. Można. Ale nie kosztem własnego bezpieczeństwa, godności i psychicznej równowagi. Granice nie są aktem egoizmu. Granice są aktem ochrony tego, co w nas jeszcze nie zostało zranione lub definitywnie pokonane.

Chcę, żeby ten felieton nie moralizował, tylko wskazywał prostą myśl: jeśli większość z nas żyje w smutku i bezsilności, to może czas zacząć obchodzić się ze sobą nawzajem łagodniej. I może najważniejsze nie jest to, czy ktoś podziękuje za naszą pomoc, tylko to, że potrafimy dawać dobro świadomie, mądrze, z troską o innych, ale też o siebie.

Bo rany można nosić całe życie. Ale można też nauczyć się, jak sprawić, żeby nie bolały przy każdym dotyku.

→ (mb)

6.11.2025

• foto: Freepik

• bieżące felietony Baryły: > tutaj

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *