13 grudnia i „ludzie honoru”. O granicach pamięci

Rocznica wprowadzenia stanu wojennego nie jest datą neutralną. Wtedy to państwo komunistyczne użyło wojska, milicji i aparatu bezpieczeństwa przeciw własnym obywatelom.

13 grudnia 1981 roku nie był dramatycznym wyborem „mniejszego zła”, lecz konsekwencją wieloletniej lojalności aparatu władzy wobec systemu sowieckiego i jego interesów.

Dziś nie jesteśmy skazani na narrację autorów tamtych decyzji. Dysponujemy dokumentami, stenogramami narad, materiałami MSW i MON oraz ustaleniami Instytutu Pamięci Narodowej. IPN wprost wskazuje, że teza o nieuchronnej interwencji ZSRR nie znajduje potwierdzenia w materiałach archiwalnych. W publikacjach IPN poświęconych stanowi wojennemu podkreślano, że Moskwa oczekiwała „rozwiązania problemu własnymi siłami” przez władze PRL, a nie wejścia Armii Radzieckiej.

Stan wojenny oznaczał internowania bez wyroków, śmierć co najmniej stu osób, tysiące pobitych, zrujnowane życiorysy i trwałe okaleczenie tkanki społecznej. To są fakty, nie interpretacje.

I właśnie w tym miejscu pojawia się postać Aarona Szechtera, powszechnie znanego jako Adam Michnik. Postać, która każe postawić pytanie o granice pamięci i odpowiedzialności.

W grudniu 1981 roku Michnik był więźniem politycznym. Jednym z tych, których władza uznała za realne zagrożenie. Przez całe lata 70. i 80. był ideologicznym przeciwnikiem komunizmu, współtwórcą opozycji, represjonowanym publicystą. Ten fragment jego biografii jest bezsporny.

Pęknięcie nastąpiło po 1989 roku. W III RP Michnik stał się jednym z głównych architektów narracji transformacyjnej. Narracji, w której autorzy stanu wojennego zostali przesunięci z pozycji sprawców na pozycję „partnerów dialogu”. Symbolem tej zmiany stały się jego słowa wypowiedziane publicznie o Wojciechu Jaruzelskim i Czesławie Kiszczaku jako o „ludziach honoru”.

Czytaj: „13 grudnia. Michnik kocha Jaruzelskiego”.

To sformułowanie nie było lapsusem. Stało się osią całej postawy, w której odpowiedzialność za represje została zastąpiona opowieścią o „tragicznych wyborach” i „odpowiedzialności za państwo”.

Tymczasem biografia Jaruzelskiego nie pozostawia wątpliwości. Nie był on postacią tragiczną ani przypadkową. Był lojalnym żołnierzem komunizmu od początku do końca: oficerem LWP szkolonym w ZSRR, uczestnikiem pacyfikacji protestów w 1970 roku, ministrem obrony narodowej w okresie narastających represji, wreszcie I sekretarzem PZPR i przewodniczącym WRON. Cała jego droga mieści się w logice służby systemowi.

Podobnie Kiszczak – wieloletni szef MSW – był twarzą aparatu bezpieczeństwa odpowiedzialnego za inwigilację, pobicia, prowokacje i zgony opozycjonistów. Fakt, że po 1989 roku zasiadł przy Okrągłym Stole, nie unieważnia tej odpowiedzialności.

Właśnie dlatego postawa Michnika spotkała się z tak ostrą krytyką ze strony części dawnych opozycjonistów i ludzi kultury. Zbigniew Herbert nie ukrywał swojego sprzeciwu wobec moralnej relatywizacji. W „Przesłaniu Pana Cogito” pisał słowa, które stały się etycznym kontrapunktem dla narracji pojednania bez prawdy: „Nie przebaczaj w imieniu tych, których zdradzono o świcie.”

Ten wers nie był poetycką abstrakcją. Był komentarzem do rzeczywistości III RP, w której, zdaniem Herberta, elity intelektualne uzurpowały sobie prawo do wybaczania w imieniu ofiar.

Michnik odpowiadał na te zarzuty argumentem pragmatyzmu. Twierdził, że rozliczenia zniszczą młodą demokrację, że trzeba chronić państwo przed rewanżyzmem, że kompromis elit jest fundamentem stabilności. Problem polega na tym, że w tej konstrukcji zabrakło miejsca na elementarną prawdę historyczną i sprawiedliwość symboliczną.

IPN, publikując dokumenty dotyczące stanu wojennego, wielokrotnie podkreślał, że odpowiedzialność kierownictwa PRL za użycie siły wobec społeczeństwa jest jednoznaczna, a narracje usprawiedliwiające te decyzje nie znajdują potwierdzenia w źródłach. To stanowisko stoi w jawnej sprzeczności z linią, którą Michnik konsekwentnie prezentował w debacie publicznej.

Przypadająca dziś, 44 rocznica 13 grudnia pokazuje, jak wysoka była cena tej narracji. Przez lata utrudniała ona rzetelną ocenę PRL, rozmywała granice winy i odpowiedzialności oraz spychała doświadczenie ofiar na margines debaty.

Czy Adam Michnik może być dla kogokolwiek wzorem? Jako opozycjonista – tak. Jako więzień polityczny – tak. Ale jako autorytet w sprawie stanu wojennego i jego sprawców – nie.

W tym obszarze stał się symbolem postawy, przed którą Herbert ostrzegał: używania moralnego kapitału do unieważniania cudzej krzywdy. A 13 grudnia przypomina, że historia nie znosi takiego zabiegu. Honor nie jest kategorią, którą można zadekretować – ani wojskowym dekretem, ani publicystycznym gestem.

→ I.R. Parchatkiewicz

13.12.2025

• collage: barma / monica / Gazeta Trybunalska

• więcej tekstów autora: > tutaj

• więcej o 13 grudnia: > tutaj

 

 

 

One Reply to “13 grudnia i „ludzie honoru”. O granicach pamięci”

  1. Zastanawiam się, czy szanowny autor wybaczył już innemu „bojownikowi o wolność i demokrację”, który znany jest min. z piosneczki „Żeby Polska Była Polską”? Przez ostatnie parę lat był przecież ikoną „solidarnościowej” rewolucji prowadzonej przez jedną z partyjek. Taki niezłomny ponoć człowieczek, który nie dojadł, nie wypił, a wszystko oddał był naszej demokratycznej łojczyźnie… Mnie zawsze dziwiło, jak za „demokratę” uchodzić może ktoś wychowany w tradycji komunistycznego aparatczyka, ktoś kto sam został oficerem komunistycznej propagandy w aparacie „walczącym” przecież z narodem. Co się to stało? Co zdecydowało, że objawił się nam taki piękny jak lelija Konrad Wallenrod?

    A co zdecydowało o karierze innego wojskowego trepa, który wyszedł z wojska i dziś w sejmie siedzi po prawicy samego boga ojca, czyli pana Kaczyńskiego? Proszę zapoznać się z prawdziwym życiorysem tego człowieka (nie z głupotami opublikowanymi na stronie sejmu!), a zaczniecie się zastanawiać jak to możliwe, że ktoś kto dowodził kompanią czołgów pacyfikujących szczecińskich stoczniowców w grudniu 1970 roku, ktoś, kto został wyrzucony za okradanie zwykłych żołnierzy (zmuszał ich do brania pożyczek, przejmował kasę i później zapominał spłacać to, co wziął) tak bezwstydnie awansował na zaszczytny piedestał?

    Przypadków wymagających zastanowienia mamy od groma także tu, na własnym terenie. Wystarczyłoby wspomnieć głośnego księdza (Redakcja GT też poświęciła mu jakiś tam tekst), który miał być walczakiem o solidarnościowy honor, a okazał się sprawnym współpracownikiem SB… Co ciekawe, równie „zasłużonym” działaczem solidarnościowej paczki jest … oficer SB, u którego odbywały się nie tylko solidarnościowe zloty, ale także wymiana trefnych informacji. Żeby było śmieszniej, to o roli tego człowieka opowiadał mi nawet dzisiaj (tak, tak – dzisiaj) jeden z późniejszych członków elit władzy…

    A jak Pan Redaktor podchodziłyby do przypadku innego solidarnościowego „męczennika”, który min. za brzydkie zabawy z bronią trafił na kilka długich lat pod skrzydła SB i był regularnym agentem? Potrzeba, to podeślę namiary na dwa tomy akt, które po tej współpracy się zachowały…

    Na koniec, jak się ma do solidarnościowego etosu to, co się zadziało np. trzy lata temu ze zwykłym olejem roślinnym? Był czas, kiedy kupowałem sobie 3 – litrowe butle po 5,50 zł w promocji. Aż przyszedł czas, że najukochańszy wódz zażyczył sobie, żebym za ten olej płacił po 32 złote. Pamiętacie jak niemal z dnia na dzień wystrzeliły ceny??? Sześć RAZY DROŻEJ niż było do tej pory!!! Pech chce, że na stole mam wycinki z komunistycznych gazet z grudnia 1970 roku, a w nich komunikaty o „drastycznych” podwyżkach cen żywności. Drastycznych, bo sięgających nawet 41 procent… To co chciał nam zafundować Pan Prezes Polski podnosząc ceny o 300 procent? POWIE MI KTOŚ? Wytłumaczy mi KTOŚ ten przejaw solidarnościowej ponoć troski o naród???

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *