U Barbarki
Tego dnia słonko wstało bardzo wcześnie. Jego bystre promyki wdzierały się do obejść i chat, budząc wszystkich rozespanych mieszkańców. Nie mógł im się oprzeć także Józef, którego dom znajdował się na skraju Sulejowa, tuż przy drodze do Dąbrowy. Słoneczne promyki migotały i skrzyły się rozświetlając ścianę, przy której stało jego łóżko, a napotykając po drodze gałązki oraz listki drzew rosnących tuż przy oknie, tworzyły wielobarwne smugi oraz najdziwniejsze obrazy. Nie było rady, trzeba było wstawać.
Józef podniósł się z łóżka i wyszedł na podwórze rozświetlone złocistym blaskiem. Ten widok jednak go nie ucieszył. Co więcej, chyba nawet nieco go zdenerwował. Wrócił do domu, zjadł pajdę chleba, po czym warknął na żonę: „zrób zaraz obrządek!” i rozpoczął przygotowania do wyjazdu. Ze stajni wyprowadził Siwka i zaprzągł go do wozu, w deski włożył pług i brony, a na wszelki wypadek wziął też ze sobą grabie oraz widły. Dzisiaj miał orać pole, z którego dwa tygodnie temu zebrał dorodne żyto. Kiedy tylko pomyślał o tym, na sercu zrobiło mu się jakoś cieplej. Ale tylko na chwilę. Żniwa w jego gospodarstwie były bowiem trudne, przeplatane deszczem, a potem musiał jeszcze odpracować pomoc, którą okazali mu sąsiedzi. Dawniej był bowiem taki zwyczaj, że jedni pomagali z wzajemnością innym, nie oczekując za to zapłaty. Liczyły się tylko dniówki, czyli czas przepracowany w polu. Żniwa były ciężkie, a sąsiadów wielu i Józef był już nieco zmęczony pracą. W taki piękny dzień marzył mu się tylko odpoczynek, a tu od świtu do nocy trzeba było chodzić za pługiem…
Józef spojrzał na szeroką ławę stojącą przed domem, westchnął ze smutkiem, i choć z zasady był człowiekiem pogodnym, opryskliwie warknął na swoją żonę, Adelę:
– Tylko nie zapomnij przysłać mi obiadu! I zaraz ruszył przed siebie.
Po wyjściu męża Adela zabrała się do pracy. Najpierw obudziła dzieci, później oporządziła zwierzęta, a następnie wzięła się za pranie, które już od dawna na nią czekało. Czas płynął wartko i nawet nie spostrzegła się kiedy nadeszło południe. Dopiero wtedy przypomniała sobie o mężu, który pracował na polu. Szybko ugotowała strawę i zapakowała ją w duży koszyk, który ojcu miała zanieść najmłodsza z córek, Barbarka.
Barbarka bardzo kochała swojego ojca, a wiedząc, że na obiad czekał już dość długo, poszła na skróty – przez ugory i zarośla, przez wielkie paprocie, krzaki jeżyn oraz jałowców. Koszyk, który niosła, był duży i ciężki, a jego wysoki uchwyt cały czas przeszkadzał jej w drodze. Mimo tego, starała się iść jak najszybciej.
Kiedy dziewczynka przybyła na pole chciała choć na chwilę przytulić się do ojca, ten jednak odepchnął ją od siebie i warknął: czemu tak późno?!, po czym usiadł pod drzewem i zaczął rozpakowywać wszystko pomalutku. Najpierw otworzył dwojaczki, z których zaraz buchnął wspaniały zapach gorącej pietruszajki, takiej ze skwarkami delikatnie usmażonej słoniny. Potem zajrzał do drugiego naczynia i zobaczył kaszę z kawałkami mięsa oraz z jakimś sosem. Następnie odwinął kilka pajd chleba starannie zapakowanych w bielusieńkie lniane szmatki. I wtedy zauważył, że wśród przyniesionych rzeczy nie ma łyżki. Jak miał zjeść te wszystkie pyszności?
Zdenerwowany gwałtownie podniósł się z ziemi, jeszcze raz przejrzał cały koszyk i wrzasnął: „gdzie łyżka?”. Dziewczynka wystraszona gniewem ojca nie była w stanie nic powiedzieć, tylko wzruszyła ramionami. Ojciec nie poprzestał na tym jednym pytaniu, tylko powtórzył je jeszcze wiele razy, a krzycząc coraz głośniej, dodał na koniec z wściekłością: „Co, zgubiłaś???”
Barbarka znowu nic nie odpowiedziała, tylko z wolna zaczęła pochlipywać. I wtedy ojciec zaczął iść w jej stronę, trzymając w jednej ręce pusty koszyk, a drugą rękę podnosząc coraz wyżej, jakby chciał ją uderzyć. Kiedy był od niej tylko o krok, rzucił koszyk pod nogi i najgłośniej jak tylko potrafił, krzyknął:
– A zgiń, przepadnij, głupia dziewucho!
I wtedy złote dotąd słońce nagle przygasło, pole ogarnął półmrok, który szybko przeistoczył się w dziwną purpurową poświatę, a z oddali dobiegło kilka przytłumionych grzmotów. Dziewczynka zapłakała, a bojąc się gniewu ojca i niespodziewanej burzy, szybko ruszyła przed siebie; przez puste pola, przez zarośla, przez krzaki jeżyn oraz jałowców i przez wielkie paprocie. Wszystko trwało dosłownie chwilę i całą okolicę – aż po sam horyzont, za moment znowu rozświetliło wesołe słoneczko.
Tymczasem ojciec, zebrał wszystkie naczynia i zjadł – jak mógł – przyniesiony przez córkę obiad. Zaraz potem pomyślał z zadowoleniem: „no, teraz to mogę pracować do samego wieczora, tylko, że wcześniej trochę sobie odpocznę” i położył się wygodnie pod gruszą, która rosła na polnej miedzy.
Kiedy wrócił do domu zaraz poskarżył się żonie na temat tego, co wydarzyło się na polu. Okazało się, że jednak to ona sama zapomniała włożyć do koszyka łyżkę i w całej tej historii nie było żadnej winy Barbarki. Oboje chcieli przeprosić córkę, ale nie mogli jej znaleźć. Pomyśleli, że może z obawy przed powrotem ojca, schowała się w stodole. Ale tam jej nie było. Nie było jej także w spichrzu, ani na strychu. Nie znaleźli jej również pod łóżkiem, gdzie – będąc jeszcze całkiem małym dzieckiem – potrafiła ukrywać się, ale tak zwyczajnie, dla żartów. Ściemniało się już i trzeba było pomyśleć, co dalej. Józef i Adela pobiegli do sąsiadów z prośbą o pomoc. Wkrótce kto tylko mógł wyruszył w stronę pola tuż za lasem, tam gdzie Józef tego dnia orał ziemię. Mimo, że przy zachodzącym już słonku niewiele było widać, wszyscy przemierzyli tą trasę dwukrotnie. Za drugim razem, niemal w całkowitych już ciemnościach – z zapalonymi pochodniami. Bez żadnego jednak rezultatu…
Następnego dnia, po krótkim odpoczynku, armia poszukiwaczy ponownie wyruszyła w teren. I znowu wróciła bez niczego. Widząc wielką rozpacz rodziców, wszyscy przystąpili do poszukiwań również dnia trzeciego. Wreszcie, koło południa, kiedy już ludzie byli bardzo zmęczeni i zrezygnowani, ktoś krzyknął „jest!”. I wszyscy udali się w miejsce, z którego dobiegł głos. Niestety, Barbarkę znaleziono martwą w źródełku, które wybijało zaraz za Sulejowem, przy drodze na Dąbrowę. Widać, uciekając przed gniewem ojca, spadła do wody z wysokiego i stromego zbocza, które wznosiło się tuż przy tym źródełku. Wszystkich ogarnął wielki smutek, a miejsce, w którym znaleziono martwą dziewczynkę nazywano odtąd „U Barbarki”. Ponieważ jednak łatwiej było wymieniać jej imię bez żadnych zdrobnień, z czasem przyjęła się inna nazwa: „U Barbary”.
→ Tomasz Miller
Szósty fragment książki „Wesołe miasteczko”. Opowiedziane w niej historie zostały oparte na faktach, jedynie nazwiska bohaterów uległy zmianie.
4.12.2025
• collage: barma / Gazeta Trybunalska
• „Wesołe miasteczko”: > tutaj
• więcej tekstów autora: > tutaj


Kochani, Sulejów to ponad czterdzieści legend. Niektóre są autentycznie stare, niektóre opowiadają o pięknych rzeczach, niektóre są żartobliwe, ale to, co je łączy to fakt, że większość z nich jest zwyczajnie piękna. Prawie każdy znajdzie w nich coś interesującego, każdy też pozna kawałek naszej historii. Naprawdę, nie trzeba spoglądać za ocean, żeby znaleźć coś ciekawego. Polecam lekturę, są legendy stare, są legendy niedawno spisane. Jest w czym wybierać!