Śmierć pięknego Włocha – opowiadania Tomasza Millera, cz. 8

Śmierć pięknego Włocha

Pierwsza wojna światowa pozostawiła moim przodkom najprzeróżniejsze wspomnienia. W naszych zabudowaniach stacjonowały bowiem wojska wszystkich trzech zaborców i każdy z nich brał na swoje potrzeby co tylko chciał.

Dokumenty z dnia 3 kwietnia 1916 roku, które pieczołowicie przechowuję, zaświadczają, że od wojsk rosyjskich należało się nam łącznie 15 rubli odszkodowania, od wojsk niemieckich – 38 rubli, a szkody poczynione przez wojska austriacko-węgierskie wyceniono na 460 rubli. Były też wspomnienia o wiele smutniejsze, których – choć miały wymiar całkiem konkretny, nie można przeliczyć na zwyczajne pieniądze.

Otóż w naszych stajniach i oborach przetrzymywano konie kilku wyższych oficerów austriackich. Opiekował się nimi młody i piękny ponoć Włoch (tak tak, nie dziwcie się, Włochy były wtedy pod zarządem austriackim!), który w rodzinnym kraju pozostawił młodą żonę i kilkoro dzieci. Nic zatem dziwnego, że do koni podchodził z wielką czułością. Nie mając wokół siebie najukochańszych istot, prawie całą swoją miłość i tęsknotę przelewał na te zwierzęta. Codzienne poranne czyszczenie, wymiana ściółki oraz karmienie bywały prawdziwymi ceremoniami. Oprócz zwyczajnego ziarna konie otrzymywały różne frykasy. Czasem były to jabłka, czasem marchewki, ale zawsze, absolutnie każdego dnia – tabliczki najprawdziwszej czekolady. Tu w opowieści pojawia się moja pięcioletnia wówczas babcia Weronika, którą ten Włoch pokochał jak własne dziecko. Od tego momentu konie musiały dzielić się z nią tą wspaniałą czekoladą…

Z Włochem był jednak pewien kłopot. A właściwie, to z jego szefem, którym był jakieś wyniosły i arogancki pajac. Oficer ten każdego ranka przychodził do stajni i sprawdzał, czy konie są zadbane w odpowiedni sposób. Do rumaków podchodził ze wszystkich stron, kucał, oglądał kopyta i zaglądał do pyska. Ostateczny dla wyników lustracji był jednak test białej rękawiczki. Kładł wówczas swoją łapę na końskim grzbiecie i jechał nią pod sam brzuch. A potem, drugą ręką robił to samo z zadem… Po czym podchodził do kolejnego konia i znowu sprawdzał. Oczywiście, za każdym razem zmieniał rękawiczki na czyściutkie, pachnące i lśniące bielą.

Wszystko to celebrował tak dostojnie jakby prowadził uroczystości koronacyjne najjaśniejszego cesarza, albo przynajmniej tak, jak to czyni proboszcz odprawiający mszę w Boże Ciało; po przetarciu końskiego grzbietu wysoko podnosił dłonie i długo im się przypatrywał. Dotyczyło to również zakładania nowych, czystych rękawiczek. Samo oglądanie czynności wykonywanych przez tego pajaca mogło zastąpić spektakle odgrywane przez amatorskie teatrzyki, które działały przy straży pożarnej oraz w sulejowskiej parafii. Któregoś razu Włoch nie przeszedł jednak testu…

Tego dnia kręciła się wokół niego nie tylko moja babcia, ale także cała gromadka innych dzieciaków. Wszystkie liczyły na chwilę zabawy z nieco śmiesznie mówiącym obcokrajowcem, i – zapewne – na jakiś słodki poczęstunek. I wtedy nagle, wcześniej niż to zwykle bywało, zjawił się ten nadęty oficer. Szybko sprawdził jednego konia, potem kolejnego, aż wreszcie doszedł do siwka, który stał w samym rogu stajni. Przejechał po końskim grzbiecie i rękawiczka pokryła się smugą ledwie widocznego brudu. Strzepnął palce, groźnie spojrzał na Włocha i sprawdził drugą ręką. Na widok kolejnej smugi na swoich rękawiczkach niemal podskoczył w miejscu, syknął: „Zgnijesz” i uderzył żołnierza szpicrutą gdzieś w okolice twarzy. Potem uśmiechnął się szyderczo, przywołał adiutanta i przykładając swoją szpicrutę do piersi Włocha wydał rozkaz: „Zabrać go!”.

Od innych żołnierzy nasza rodzina dowiedziała się, że Włoch natychmiast trafił na sam front. Po tygodniu czy dwóch nadeszła wiadomość, że zginął tam od nieprzyjacielskiej kuli. Wszyscy płakali nad losem tego biednego człowieka. Tylko nadęty oficer nadal chodził nastroszony jak paw, z miną, jakby to wszystko zupełnie go nie obchodziło.

Słuchałem tej historii dziesiątki razy i, sądząc po smutku w głosach babci, ciotki Urszuli i wuja Władka, byłem pewien, że tak reagować mogą tylko osoby przyzwoite i szlachetne, takie, którym krzywda innych ludzi nie pozostaje obojętna.

→ Tomasz Miller

Ósmy fragment książki „Wesołe miasteczko”. Opowiedziane w niej historie zostały oparte na faktach, jedynie nazwiska bohaterów uległy zmianie.

26.01.2026

• collage: barma / Gazeta Trybunalska

• „Wesołe miasteczko”: tutaj

• więcej tekstów autora: > tutaj

 

3 Replies to “Śmierć pięknego Włocha – opowiadania Tomasza Millera, cz. 8

  1. „Trenerzy kolarscy” czy „trenerzy kolarstwa”, która forma jest poprawna? Ta pierwsza gryzie mnie w uszy, ale może tak też można. Jeden z lokalnych portali użył tego pierwszego zwrotu w tytule artykułu, dlatego pytam. Pozdrawiam.

    1. Jeśli problem masz na serio, to serio ci odpowiadam: a niech se jadom tymi rowerami gdzie tylko chcom…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *