Kasiurski
Innego sulejowskiego giganta, Stefana Kasiurskiego, znałem za to bardzo dobrze. Postawny, przystojny, z kruczoczarnymi gęstymi włosami oraz eleganckim wąsikiem, wydawał się być żywą kopią znanego amerykańskiego aktora Clarka Gable’a. Przyciągał uwagę nawet wtedy, gdy wracał zmęczony i brudny po całym dniu pracy lub gdy miał małą „niedyspozycję”. Owszem, zdarzało mu się nadużywać alkoholu, ale był też niezwykle rodzinny i na zabój kochał pana Boga, chociaż czasem wadził się ze świętymi ciotkami i źle mówił o zwykłych księżach.
Różniliśmy się z nim w zapatrywaniach na różne tematy i to nieraz bardzo. Wzajemna złość nie trwała jednak długo. Pan Stefan umiał odróżnić jedno konkretne zagadnienie od tego co nazwałbym ogólną wartością człowieka. I za to szanowałem go najbardziej.
Pewnego razu panu Stefanowi zdarzyło się, że mocno nadwyrężył cierpliwość personelu słynnej sulejowskiej restauracji „Słoneczna”. Przez prawie tydzień przychodził do tej knajpy z kolegami i „urzędował” tam przez długie wieczorne, a nawet nocne, godziny. W sumie nie było się co dziwić. On późno wychodził z pracy, większość jego kolegów – także, i nie było żadnej szansy, żeby szampańska zwykle zabawa, która rozpoczynała się tuż przed zamknięciem „Słoneczka”, mogła szybko się skończyć. Jeden dzień (a w zasadzie: wieczór), można było wytrzymać, drugi – również, ale żeby tak przez cały tydzień?
Kiedy ósmego dnia pan Stefan zjawił się w knajpie, kelnerki wcale nie były z tego zadowolone. W momencie, w którym podszedł do baru usłyszał: – Znowu będziecie chlać jak te świnie? Wynocha! Cóż było robić? Zabrał kolegów ze sobą i razem ruszyli na miasto. Żałowali zmarnowanego wieczoru, ale jeszcze bardziej żal im było własnego ego, które w całym tym starciu ucierpiało najbardziej. W końcu zrezygnowali z dalszych rozrywek i szybko rozeszli się do domów. Zraniona duma i nadszarpnięty honor długo nie pozwalały im uczestniczyć w towarzyskim życiu Sulejowa. Długo? No, tak ze dwa tygodnie…
Po tym czasie pan Stefan, ale już tylko z dwoma kolegami, znowu postanowił spróbować szczęścia. Obawa przed kolejną porażką i upokorzeniem była jednak ogromna. Ale i na to znalazł się sposób.
Pan Stefan wykąpał się dokładnie, przyciął wąsika, starannie uczesał włosy i ubrany w najlepszy garnitur udał się pod „Słoneczko”. Dwaj koledzy, którzy nie mieli krawatów zostali na progu, a Stefan wparował do środka. Wszedł, i beznamiętnie patrząc przed siebie, z nienaturalną wręcz powagą, rzekł do kelnerki:
– Poproszę trzy wódki dla tej pani! I wskazał na wypucowaną niewielką świnię, którą przyprowadził ze sobą na smyczy. Żeby podnieść powagę swej towarzyszki jej kark przewiązał krwistoczerwoną wstążeczką i przypiął do niej jakiś letni kwiat. Wszystkie kelnerki, które naraz zleciały się do bufetu, stanęły osłupiałe, nie mając zielonego pojęcia jak należy zareagować. Nikt nie wie dokładnie, co spowodowało, że długą, bardzo długą chwilę ciszy, która nagle zapanowała w całej knajpie, przerwał w końcu odgłos kapiącej do kieliszków wódki…
Innym razem, skończywszy nieco wcześniej swoją pracę, pan Stefan wracał do domu na rowerze. Było bardzo gorące lato, niemiłosierny żar lał się z nieba, więc pomyślał, że trochę ochłody da mu podróż dopiero co wybudowanym wałem przeciwpowodziowym na Pilicy. Chłodny wiaterek od rzeki wiał jednak w inną stronę i nic z tego nie wyszło. Nie pomogło taż zaciągnięcie nisko, niemal na same oczy, malarskiej czapeczki, którą miał przy sobie w koszyku zawieszonym na rowerze, razem z innymi klamotami.
Zmęczony pracą i upałem zatrzymał się przy końcu tzw. bulwarku i ponownie sięgnął do koszyka. Tym razem wydobył z niego podartą już nieco parasolkę. I wtedy w oddali dostrzegł ładną kobietę, która z wyraźnym zdenerwowaniem biegała po płytkiej w tym miejscu wodzie. Rozejrzał się dokładniej i szybko zorientował się, że powodem tej bieganiny był niesforny dzieciak uciekający raz na sam środek rzeki, raz niemal na koronę wału, którym on sam jechał. Zerknął raz jeszcze i ruszył przed siebie. Kobieta, która także zauważyła zainteresowanie swoją osobą z jego strony, uśmiechnęła się przewrotnie, a może i nawet nieco kpiąco, po czym podbiegła do swojego dzieciaka. Patrząc cały czas na Stefana, z dezaprobatą zawołała:
– Jak będziesz niegrzeczny, to ten pan zabierze cię ze sobą i będziesz musiał jechać w jego koszyku, razem z brudnymi klamotami!
Stefan był wyraźnie zawiedziony słowami damulki, i choć jeszcze chwilę temu zdawał się delikatnie uwodzić ją swoim wzrokiem oraz uśmiechem, szybko odparł z wyczuwalnym zniechęceniem w głosie:
– Ta, żeby mi zaraz nasrał w klamoty! I szybko udał się w stronę swojego domu, cały czas trzymając w dłoni nieotwarty podarty parasol…
→ Tomasz Miller
Dziewiąty fragment książki „Wesołe miasteczko”. Opowiedziane w niej historie zostały oparte na faktach, jedynie nazwiska bohaterów uległy zmianie.
23.02.2026
• collage: barma / Gazeta Trybunalska
• „Wesołe miasteczko”: > tutaj
• więcej tekstów autora: > tutaj

