Jak dobrze mieć sąsiada, pisała Agnieszka Osiecka. Ale czy na pewno? Jestem dzieckiem PRL-u i blokowiska. W „mojej” klatce schodowej było 10 mieszkań – 10 rodzin. Do dzisiaj pamiętam nazwiska wszystkich mieszkańców.
Ludzie pomagali sobie nawzajem, wspólnie dbali o klatkę schodową, podokienne ogródki i w ogóle o przestrzeń, w której przyszło im żyć. Pamiętam tzw. czyny społeczne, kiedy dorośli wykonywali nieodpłatne prace na rzecz swojego otoczenia. Również dzieci angażowane były w różnego rodzaju prace – sprzątanie lasu, dbanie o miejskie tereny zielone itp. Oczywiście nie wszyscy byli chętni… Pamiętam, kiedy w ramach czynu społecznego kładziony był chodnik, jeden z mieszkańców odmówił wykonywania pracy, tłumacząc swoją decyzję krótkim stwierdzeniem: „nie jest mi to potrzebne, nie będę tędy chodził”. Jak myślicie, korzystał później z pracy innych?
A dzisiaj? Jak jest dzisiaj?
Nauczona w dzieciństwie nie ustaję w dbaniu o swoje otoczenie. Jak zwykle nie jest to postawa pozytywnie postrzegana, głównie przez ludzi z mojego pokolenia. Nie ukrywam, że jest to dla mnie dużym zaskoczeniem. W moim poprzednim miejscu zamieszkania, kiedy poprosiłam sąsiadów, żeby zwracali uwagę ludziom przesiadującym na klatce schodowej, którzy zakłócali mir domowy, robili bałagan, nadużywali alkoholu, usłyszałam: „my mamy porządek w domu, a to, co jest na klatce schodowej, to nas nie interesuje”. Dziwne podejście. Daleko mi do ideału, ale staram się dbać o swoje otoczenie, to bliższe i dalsze. Są osoby, które to doceniają, głównie te 70+. Chociaż uwierzcie mi, absolutnie nie interesuje mnie to, czy ktoś to doceni, czy też nie. Jestem częścią tej społeczności i dbanie o porządek jest dla mnie oczywiste.
Dzisiaj mam 15 rodzin w moim miejscu zamieszkania. Tylko z pięcioma z nich wymieniamy powitanie i kilka luźnych zdań na tematy ogólne. Takie czasy. Ostatnio zaskoczył mnie jeden z sąsiadów, ustawiając swoje śmieci w wejściu do klatki schodowej. Taka fantazja. Myślicie, że to on je wyrzucił? Nie. Zrobił to inny sąsiad, z innego piętra. Zdarzają się jeszcze i tacy. Gatunek na wymarciu. Zastanawiające jest, że ludziom z osiedla nie przeszkadza to, że inni przyjeżdżają i podrzucają śmieci do kontenerów. Już o tym pisałam. Przecież to ich obciąża. Ślepi czy co?
I na zakończenie ciekawostka. Polowanie na miejsce parkingowe. Kiedyś zaobserwowałam, że sąsiedzi z parteru „polują” na miejsca parkingowe i przestawiają swoje samochody w zwalniające się „lepsze” miejsca. Nie dalej jak dwa tygodnie temu, kiedy odjeżdżałam, sąsiad już stał w blokach startowych, by zająć zwalniane przeze mnie miejsce. Chart na wyścigach by z nim nie wygrał. Cyrk. Cyrk na kółkach.
Od innego sąsiada z kolei usłyszałam, że to miejsce parkingowe jemu się należy, bo dłużej tutaj mieszka. Dostałam oczu jak stare pięciozłotówki – takie było moje zaskoczenie. Nie chcę wchodzić w żadne sąsiedzkie konflikty, do niczego nie jest mi to potrzebne. Moją jedyną, słuszną reakcją powinno być zadanie jednego pytania: „czy pan wykupił to miejsce, bo jeśli tak, to proszę mi okazać dokument potwierdzający powyższe oraz właściwie oznakować opłacone miejsce”. Trochę przemieszczam się po naszym kraju i wiem, że takie rozwiązania są praktykowane.
Kończę, chociaż przykładów stosunków „dobrosąsiedzkich” mogłabym mnożyć więcej, ale nie chce mi się. Ludzi nie zmienię. Naprawdę dobrze mieć sąsiada?
→ M. Kubiak
15.02.2026
• foto: Freepik
• więcej tekstów Kubiak: > tutaj
