14 lutego 2026 r. na antenie TVN24 wyemitowano wywiad z Martą Nawrocką, żoną prezydenta RP Karola Nawrockiego. Rozmowę przeprowadziła dziennikarka stacji Joanna Kryńska.
Pytania dotyczyły głównie światopoglądu: in vitro, aborcji i osobistych przekonań pierwszej damy. Nawrocka mówiła, że „nie mogłaby ograniczać prawa do in vitro innym kobietom”, a w sprawie aborcji deklarowała, że jest „za życiem”, unikając jednoznacznych odpowiedzi o obowiązujących przesłankach prawnych.
Po emisji ruszyła lawina komentarzy zarówno w portalach internetowych jak i mediach społecznościowych. Jedni wytykali jej zagubienie i niekonsekwencję, inni bronili przed drwinami i hejtem.
Reakcje te pokazują przede wszystkim jedno: oderwane od rzeczywistości oczekiwania wobec żony prezydenta.
Czego właściwie spodziewano się po Marcie Nawrockiej? Że będzie błyszczeć intelektualnie, prowadzić pogłębione analizy i przewyższać poziomem refleksji swojego męża, Karola Nawrockiego? Gdyby tak się stało, logiczne byłoby pytanie, dlaczego nie ona kandydowała na urząd prezydenta?
Jeżeli dziś ujawniane są fakty z przeszłości Nawrockiego, to oczywiste jest, że jego żona musiała o nich wiedzieć i je akceptować. Skoro akceptowała, to znaczy, że ten wybór jej odpowiadał. Gdyby było inaczej – związek uległby rozpadowi.
Cała histeria wokół kompetencji i moralności pierwszej damy jest więc jałowa. Skoro osoby zajmujące najwyższe stanowiska w państwie często prezentują poziom bardzo niski, nie ma żadnego powodu oczekiwać, że prezydent i jego otoczenie będą kimś ponadprzeciętnym.
To nie jest przypadek. To efekt transformacyjnego układu z 1989 roku, który zapewnił dawnym elitom bezpieczne przejście do nowego systemu bez rozliczeń i bez realnej wymiany kadr. Państwo zbudowano na kompromisie, a nie na odpowiedzialności. Skutki widać do dziś.
W konsekwencji debata publiczna od lat krąży wokół tematów zastępczych. In vitro, aborcja, tabletki poronne i obyczajowość wywołują emocje, ale nie rozwiązują żadnych realnych problemów państwa.
Najważniejsze dla obywateli są gospodarka i finanse. Tymczasem gdy w Sejmie toczy się debata budżetowa, na sali siedzą pojedyncze osoby. Gdy pojawiają się spory światopoglądowe – miejsca zapełniają się natychmiast. Żeby dyskutować o tematach ekonomicznych trzeba mieć wiedzę i doświadczenie. O sprawach obyczajowych każdy może krzyczeć „za” albo „przeciw”.
Pytania skierowane do Marty Nawrockiej miały właśnie taki charakter: ich zadaniem było wywołanie emocji, a nie prowadzenie rzeczowej rozmowy. Chodziło o widowisko.
Od lat media przywiązują ogromną wagę do żon prezydentów. Wystarczy przypomnieć Agatę Dudę, krytykowaną za milczenie i brak wyrazistości. Oczekiwano od niej aktywności, opinii, inicjatyw.
Tyle że pierwsza dama nie jest organem państwa. Czy się wypowiada, czy milczy, czy bywa na salonach, czy znika z mediów – nie ma to żadnego znaczenia dla funkcjonowania gospodarki, finansów publicznych czy instytucji.
Pierwsze damy pełnią w istocie rolę dekoracyjną. Są polityczną biżuterią. Oczekuje się, że będzie błyszczeć, ale nie błyszczy, bo nie jest wykonana ze szlachetnych materiałów.
Od lat powtarza się też mit, że wzorem była Jolanta Kwaśniewska. Mało kto pamięta jej początki. Bardzo szybko jednak okazało się, że odpowiada jej życie w blasku fleszy, światowość i bywanie wśród głów państw. Jej wizerunek został sprawnie wykreowany: stroje, fryzury, doradcy od PR i życzliwe media. Z czasem zrobiono z niej ikonę stylu.
Ubrać i wypromować człowieka jest łatwo. Znacznie trudniej wpłynąć na jego rozwój intelektualny.
Jeśli ktoś od pierwszej damy oczekuje przede wszystkim blichtru, może wzdychać do Melanii Trump. Jeśli ktoś oczekuje formatu państwowego – powinien najpierw zapytać, czy w krajowej polityce istnieje środowisko, z którego takie postacie mogą się wyłonić.
Do tej pory w Polsce nie było prezydenta, który mógłby być wzorem nie tylko polityka, ale i człowieka. Tak samo nie było pierwszej damy, która mogłaby spełnić wygórowane ambicje społeczne. I nie dlatego, że ktoś źle dobrał fryzurę czy garderobę, lecz dlatego, że nie da się wydobyć złota z jałowego strumienia.
Całe zamieszanie wokół Marty Nawrockiej to klasyczny medialny clickbait. Nie wnosi nic do debaty o państwie. Doskonale za to napędza emocje i oglądalność.
Od zwykłej urzędniczki nie należy oczekiwać umysłowo-poznawczych fajerwerków. Społeczeństwo wybrało takiego prezydenta – a tym samym taką pierwszą damę. Z tego powodu wywiad z prezydentową okazał się porażką zarówno jej, jak i prowadzącej rozmowę Kryńskiej oraz stacji TVN24.
I na tym sprawa się kończy.
→ (mb)
11.01.2026
• foto: Mariusz Baryła / Gazeta Trybunalska
• bieżące felietony Baryły: > tutaj

https://www.facebook.com/photo/?fbid=25352427941103258&set=a.623556484417080
Szkoda, że nie było jeszcze pytania o ślubowanie posłuszeństwa mężowi na ślubie w kościele katolickim, który to zniesiono prawie 100 lat temu …
TVN szykuje się na opcję atomową… Za moment może będziemy tu mieli dyktaturę, której istotną twarzą będzie pan Nawrocki. Użyłem tu słowa istotną, bo póki co jedyną ofertą tego człowieka jest dla nas wasalstwo u „wielkiego” pana Trumpa. Człowieka, którego działania stawiają włosy na sztorc u wszystkich normalnych i przyzwoitych ludzi. Oczywiście, pan Nawrocki nie zafunduje nam amerykańskiego wasalstwa sam. Na to jest zbyt słaby. Zostaniemy wasalami Trumpa i jego stronników, którym doskwiera zazdrość po utraconej władzy. Interes Polaków jest niczym dla funkcjonariuszy pewnej partyjki, i jego kierownika, którą kieruje podły, marny i stary już człowieczek. Pani Nawrocka nie wyjdzie tu przed szereg z niczym mądrym, a TVN będzie miał dupokrtykę na dowód tego, że dobrze chciał. Może nawet redaktorzy z TVN-u uratują swoje tyłki. Panu Nawrockiemu pozostanie wyciągnięte od zniedołężniałego starca mieszkanie i żucie ze smakiem snusów.