W polskim wymiarze sprawiedliwości nie ma tylko jednej procedury. Istnieją sytuacje, w których sprawa toczy się jawnie, pod obserwacją opinii publicznej, oraz takie, które, mimo swojej wagi, przechodzą bez echa. Dwa wypadki drogowe rozstrzygane w Sądzie Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim ilustrują ten rozdźwięk.
W jednym przypadku sprawa jest nadal przed sądem i pod stałą kontrolą medialną. W drugim, mimo poważnych konsekwencji i formalnej kwalifikacji jako katastrofa drogowa, proces zakończył się wyrokiem, który praktycznie nie wywołał żadnej reakcji społecznej. Kluczową różnicę między nimi nie stanowią przepisy. Stanowią media, presja społeczna i mechanizmy instytucjonalne, które decydują, czy sprawa stanie się publicznym problemem.
Proces Sebastiana M. – gdy opinia publiczna wpływa na bieg sprawy
16 września 2023 r. na autostradzie A1 doszło do tragedii: zginęła trzyosobowa rodzina. Na miejscu pojawiły się nagrania z kamer użytkowników dróg i świadków, które obaliły początkową narrację o winie ofiary. Film pokazujący zdarzenie trafił do mediów społecznościowych i szybko zaczął krążyć w sieci. To właśnie te materiały sprawiły, że sprawa nie została zamknięta w wersji funkcjonariuszy, która ograniczała się do błędu kierowcy.
Nagłośnienie w mediach społecznościowych przekształciło zdarzenie w temat publiczny. Zainteresował się nim minister sprawiedliwości, który uruchomił kontrolę nad działaniami prokuratury i policji. Prokuratura badała, czy funkcjonariusze z Piotrkowa wykonali swoje obowiązki prawidłowo. Proces nadal trwa w Sądzie Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim. Jego przebieg, za sprawą mediów, jest przedmiotem obserwacji opinii publicznej.
To właśnie społeczna kontrola przebiegu sprawy sprawiła, że wersja wydarzeń została poddana weryfikacji na każdym etapie postępowania. Bez nagrań z kamer i nacisku publicznego sprawa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.
Proces Mateusza L. – formalność bez publicznej kontroli
W 2017 r. w Piotrkowie Trybunalskim dwóch młodych kierowców, w tym syn posła Prawa i Sprawiedliwości, ścigało się samochodami. Na skrzyżowaniu doszło do zderzenia z autobusem miejskim. Dziesięciu pasażerów zostało rannych. Prokuratura postawiła zarzut sprowadzenia katastrofy drogowej (art. 173 k.k.). To kwalifikacja, która zakłada realne zagrożenie dla zdrowia i życia wielu osób albo mienia w wielkich rozmiarach.
Proces odbywał się w tym samym sądzie, w którym teraz staje Sebastian M. Formalnie procedura była prowadzona prawidłowo. Były akty oskarżenia, przesłuchania świadków, wyrok.
Jednak żadna redakcja informacji lokalnych ani ogólnopolskich nie śledziła procesu na bieżąco. Relacje z posiedzeń pojawiły się tylko w „Gazecie Trybunalskiej”, która obserwowała posiedzenia sądu. Inne redakcje, w tym radio i portal będące największymi nadawcami informacji w regionie, zrezygnowały z relacjonowania procesu „na wszelki wypadek”. W praktyce oznaczało to, że nie było społecznej kontroli nad przebiegiem postępowania.
W efekcie wyrok rok więzienia w zawieszeniu, grzywna i zakaz prowadzenia pojazdów, przeszedł bez szerszej debaty publicznej i bez refleksji nad jego proporcjonalnością wobec skutków zdarzenia. Choć doszło do poważnego naruszenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym, odpowiedzialność sprawców pozostała w sferze formalnej.
Rozbieżne opinie biegłych i brak weryfikacji
W procesie Mateusza L. kluczowa była kwestia dowodowa, która nigdy nie została rozstrzygnięta w pełni. Opinie biegłych, zarówno powołanego przez sąd, jak i na wniosek obrony, okazały się rozbieżne. W takiej sytuacji logika procesu nakazuje zastosowanie środków, które pozwolą zweryfikować alternatywne interpretacje zdarzenia, na przykład poprzez eksperyment procesowy w miejscu zdarzenia.
Sąd jednak nie zdecydował się na takie rozwiązanie. Uzasadnienie tej decyzji nie odnosiło się do merytorycznych wątpliwości w opiniach biegłych. Choć koszty przeprowadzenia eksperymentu mogą być argumentem, jego brak oznacza, że dowody nie zostały zbadane w sposób najbardziej sprawdzony i obiektywny. W rezultacie sprawa została zamknięta bez weryfikacji, która mogła obnażyć lub potwierdzić kluczowe elementy wersji zdarzeń.
Równocześnie prokuratura wniosła o stosunkowo łagodne kary. To kolejny element, który, w warunkach braku medialnej kontroli, nie został poddany społecznej debacie.
Następstwa po procesie – kontekst instytucjonalny
Pięć miesięcy po zakończeniu procesu, w maju 2020 r., obrońca Mateusza L. objął intratne stanowisko prezesa spółki zarządzającej hotelami należącymi do PGE mimo, że spółka była zadłużona i wymagała restrukturyzacji. Decyzja o zatrudnieniu adwokata, aktywnego w strukturach politycznych, w takiej spółce państwowej w okresie, gdy rządziła partia jego środowiska – budzi pytania o mechanizmy obsadzania stanowisk i powiązań instytucjonalnych.
Kwalifikacja prawna, inny paragraf, inny skutek
Warto podkreślić, że różnica między oboma wypadkami nie dotyczy tylko tragicznych skutków. To różne kwalifikacje prawne i różne katalogi odpowiedzialności. Katastrofa drogowa wiąże się z większym zagrożeniem karą i inną logiką dowodową niż wypadek ze skutkiem śmiertelnym. Tymczasem w sprawie Mateusza L. katastrofa została uznana formalnie, a praktycznie, mimo rozmiaru naruszenia, bez realnej odpowiedzi ze strony społeczeństwa i mediów.
Wniosek: sprawiedliwość zależna od tego, kto patrzy
Te dwie sprawy pokazują nie tyle różnicę w okolicznościach faktycznych, ile w mechanizmach, które decydują o tym, czy dana sprawa w ogóle zaistnieje jako publiczny problem. Tam, gdzie była aktywna kontrola społeczna i medialna, wersja wydarzeń została poddana weryfikacji i cały proces nie mógł zostać sprowadzony do najprostszej narracji. Tam, gdzie społeczna kontrola nie zaistniała, proces przebiegł zgodnie z procedurą, ale bez odbioru społecznego i bez powszechnej refleksji nad wyrokiem.
To nie jest kwestia tego, że prawo nie działa. To kwestia tego, że prawo działa dopiero wtedy, kiedy ktoś o tym pisze, mówi i patrzy.
→ Kamil Kozielski
8.02.2026
• zdjęcie tytułowe: historyczny budynek piotrkowskich sądów, foto: Mariusz Baryła / Gazeta Trybunalska

Dwa razy przeczytałem ten artykuł. Szok, co wyrabia sie w sądzie, jeśli na łąwie oskarżonych zasiada ktoś, kto ma polityczne plecy. To jasno wynika, że sąd wolał pozbyć jak najszybciej sprawy bez wchodzenia w szczegóły. A dla tego adwokata co oczywiste posada była nagrodą. Przecież taki adwokat zarabia sporo prowadzac kancelarie, wiec ile musial dostac w tej spolce? 100 tys. miesiecznie? a moze wiecej. Szok