Sąd nad Jezusem należy do najbardziej przejmujących scen w historii cywilizacji nie dlatego, że zakończył się wyrokiem śmierci.
Egzekucje były w starożytności codziennością. Wstrząsające jest coś innego: niemal demonstracyjna oczywistość niesprawiedliwości połączona z całkowitą bezsilnością wobec mechanizmu władzy. Wszystko w tej historii wydaje się jawne. Brak dowodów, zmienne oskarżenia, polityczny oportunizm sędziego, presja tłumu.
Proces Jezusa pokazuje moment, w którym prawo przestaje służyć prawdzie, a zaczyna służyć porządkowi. Poncjusz Piłat dostrzega niewinność oskarżonego, lecz wybiera stabilność polityczną zamiast sprawiedliwości. Procedura zostaje zachowana, lecz jej sens znika. Powstaje model niesprawiedliwości szczególnie groźnej: legalnej.
Historia wielokrotnie powtarzała ten schemat. Sokrates skazany przez demokratyczne Ateny, Święta Joanna d’Arc spalona po procesie religijno-politycznym, Święty Tomasz More stracony w imię racji państwa – wszyscy padali ofiarą sytuacji, w której wyrok był potrzebny bardziej niż prawda.
Paradoks historii polega jednak na czymś jeszcze trudniejszym do przyjęcia. Wspólnota religijna, która u swego początku przechowała pamięć o niesprawiedliwym sądzie nad Jezusem, sama w kolejnych stuleciach uczestniczyła w osądzaniu ludzi w sposób podobny. Instytucjonalny Kościół, działając w przekonaniu obrony wiary i ładu społecznego, współtworzył mechanizmy, w których oskarżenie o herezję lub czary często prowadziło do wyroku wcześniej, niż pojawiała się możliwość obrony. Inkwizycja była tworzona jako narzędzie ochrony jedności religijnej, lecz w praktyce stała się częścią systemu, w którym wiara w zagrożenie zastępowała dowód winy. Ostateczne egzekucje wykonywała władza świecka, jednak autorytet religijny nadawał oskarżeniom moralną legitymizację.
Procesy przeciw heretykom i rzekomym czarownicom trwały zaskakująco długo. Ich początki sięgają XIII wieku, gdy powstały stałe trybunały inkwizycyjne, a kres nastąpił dopiero pod koniec XVIII wieku. Oznacza to, że system sądów świecko-kościelnych funkcjonował około pięciu stuleci. Najbardziej brutalny okres przypadł na lata 1450–1650, czyli około dwustu lat masowych polowań na czarownice. Historycy szacują, że w Europie stracono wówczas od 40 do 60 tysięcy osób, najczęściej spalonych na stosie. Liczby te nie oddają jednak pełnej skali zjawiska: setki tysięcy ludzi poddano przesłuchaniom, torturom i społecznemu wykluczeniu. Mechanizm był powtarzalny – oskarżenie rodziło strach, strach wymuszał przyznanie się, a przyznanie stawało się dowodem.
Dopiero tragedie nowoczesności zmusiły świat do ponownego przemyślenia relacji między prawem a moralnością. Procesy norymberskie wprowadziły zasadę, że legalność nie chroni przed odpowiedzialnością za zło. Była to próba odbudowania sprawiedliwości po epoce, w której państwa uczyniły z prawa narzędzie przemocy.
A jednak istnieje jeszcze jeden rodzaj niesprawiedliwości – głośny, codzienny, pozornie mniej dramatyczny, lecz często równie niszczący. To sąd wydawany poza salą sądową: w mediach, nagłówkach, komentarzach i społecznych emocjach. Współczesny człowiek może zostać oskarżony publicznie, zanim ktokolwiek sprawdzi fakty. Informacja rozchodzi się szybciej niż sprostowanie, a podejrzenie pozostaje dłużej niż prawda.
Media, które pełnią niezbędną funkcję kontroli władzy, potrafią jednocześnie uruchomić mechanizm zbiorowego osądu. Wystarczy sugestia, niedopowiedzenie lub jednostronna relacja, aby człowiek został symbolicznie skazany. Nawet jeśli później zapadnie uniewinnienie, reputacja rzadko wraca do stanu sprzed oskarżenia. Społeczna pamięć zapamiętuje zarzut, nie wyrok.
W tym sensie współczesność powtarza logikę tłumu z dziedzińca pretorium. Różnica polega jedynie na narzędziach. Dawniej krzyk tłumu był lokalny i przemijał; dziś zapis cyfrowy utrwala oskarżenie niemal na zawsze. Niesprawiedliwość nie potrzebuje już ani stosu, ani formalnego trybunału. Wystarczy rozgłos.
Najbardziej przejmujące jest to, że skutki bywają nieodwracalne: utrata pracy, zdrowia, relacji społecznych, a czasem życia rozumianego jako miejsce człowieka we wspólnocie. Kara pojawia się wcześniej niż ustalenie winy.
Historia Tomasza Komendy pokazuje, jak łatwo system – wspierany społecznym przekonaniem o winie – może utrwalić błędny obraz rzeczywistości. Osiemnaście lat więzienia nie było jedynie pomyłką prawną; było także skutkiem potrzeby szybkiego wskazania sprawcy i społecznej gotowości, by w tę winę uwierzyć.
Od Jerozolimy I wieku, przez trybunały religijne i polityczne procesy, aż po współczesne medialne oskarżenia powraca ta sama prawidłowość: niesprawiedliwość zaczyna się w chwili, gdy człowiek przestaje być osobą, a staje się symbolem problemu, który trzeba rozwiązać.
Wyroki mogą zapadać szybko. Sprawiedliwość niemal zawsze przychodzi później. A czasami -zbyt późno, albo wcale.
→ I.R. Parchatkiewicz
3.04.2026
• foto: Mariusz Baryła / Gazeta Trybunalska
• więcej tekstów autora: > tutaj
• więcej o Jezusie > tutaj

Może z tak wielkim zapałem inscenizują mordowanie tego Chrystusa, bo w realu groziłyby im konsekwencje? A im się marzy…